Jak fotografowć góry ?
Tekst napisany dla Portalu
Zakopiańskiego
Ilu jest fotografów, tyle
zdań! Czytając poniższy tekst, miejcie na uwadze, że to tylko uwagi i refleksje,
które przychodzą mi do głowy po kilkunastu latach uprawiania fotografii. Na
pewno nie są to żelazne zasady, bez których zdjęcie nie ma prawa się udać. Wręcz
przeciwnie, czasami warto świadomie postąpić wbrew regułom, aby otrzymać zdjęcie
zaskakujące swoim nowatorstwem i wieżością. O jednym jestem przekonany: aby
łamać zasady, trzeba je najpierw poznać, i o tym właśnie traktuje ten tekst. Z
drugiej jednak strony, przez kilkanaście lat mojego chodzenia po Tatrach i
utrwalania ich piękna na kliszy fotograficznej większość tego, co wiem
zawdzięczam nie książkom i dobrym radom rutyniarzy, ale ciągłym próbom i
poszukiwaniom własnej drogi. Poza chęcią utrwalenia piękna krajobrazu powodowała
mną zawsze ciekawość: jak to wyjdzie na zdjęciu? Dziś jeszcze w stu procentach
nie potrafię przewidzieć rezultatu, i mam nadzieję, że nigdy nie nadejdzie taki
dzień, bo to będzie znaczyło, ze czas odwiesić aparat na kołek i zabrać się za
co innego...
Jak większość fotoamatorów zaczynałem od fotografowania jakimś
Zenitem, z obiektywem standardowym 55mm (w dodatku był to Helios, lekko
zmiękczający kontury, o czym oczywiście nie wiedziałem). Wiele zdjęć zupełnie
mnie nie satysfakcjonowało, łapałem jakie fragmenty, ujęcia były zupełnie
nijakie. Kiedy dzisiaj przeglądam te zdjęcia bez trudu zauważam błędy, np. zbyt
małe pole widzenia aparatu. W górach należy używać zdecydowanie obiektywu o
dużym polu widzenia, tzw. szerokokątnego, 28 lub 35mm. Takim właśnie obiektywem
wykonuję obecnie ok. osiemdziesiąt procent zdjęć. Pozwala to rozbudować
przestrzeń zdjęcia, zwiększyć jego dynamikę (szczególnie przy pionowych
kadrach), poszukać nowych, zaskakujących kompozycji. Następna uwaga: spust w
Zenicie pracuje niezbyt lekko i w rezultacie sporo zdjęć jest zamazanych.
Przyczyną nie jest złe ustawienie ostrości, lecz poruszenie aparatem w momencie
naciskania spustu. Pamiętać trzeba również o drżeniu rąk, wynikającym ze
zmęczenia. Często przecież od razu po wyjściu na szczyt lub przełęcz chwytamy
aparat i, posapując trochę ze zmęczenia, a trochę z niecierpliwości bierzemy się
do fotografowania.
Jak ustrzec się poruszenia aparatu: jest kilka sposobów,
najlepszym wyjciem jest oczywicie statyw, ale nie wszyscy mają ochotę wlec się
po górach objuczeni jak muły, z plecakiem ważącym dwadzieścia kg (z czego
osiemnacie to aparaty, statyw, wymienne obiektywy itp.) Jak wtedy sobie
poradzić? Kiedyś zabierałem w góry woreczek, wypełniony jakąś sypką, niezbyt
lekką substancją np. piaskiem. Rzecz jasna, możemy zabrać ze sobą pusty woreczek
i na miejscu wypełnić go ziemią. Woreczek kładziemy na skale lub kamieniu, na
nim z kolei aparat. Spróbujcie, a przekonacie się, że będzie wtedy równie
stabilny, jak na statywie. Postarajcie się jeszcze o wężyk spustowy, a
nieporuszone zdjęcie macie gwarantowane! Zresztą, nic nie stoi na przeszkodzie,
aby wężyka używać również fotografując z ręki, czemu nie? Używając Canona T-90
mam ten komfort, że mogę ustawić samowyzwalacz na dwie sekundy i praktycznie
wszystkie zdjęcia pejzażowe tak właśnie robię. Po naciśnięciu spustu mam te
włanie dwie sekundy na ustabilizowanie aparatu, rezultat: nieporuszone zdjęcia
nawet na długim czasie nawietlania (1/15s, 1/10 s), Przydaje mi się to
szczególnie przy fotografowaniu wody: strumieni, wodospadów, brzegów jezior -
woda nie jest jak zamrożona, szklana, ale dzięki lekkiemu rozmyciu zachowuje
swoją dynamikę i siłę. Warto przed wyruszeniem z domu bądz kwatery zastanowić
się, jaki sprzęt będzie nam niezbędny na szlaku.
Optymalnym wyjciem dla
tych, którzy robią zdjęcia "na pamiątkę" przebytej trasy jest zaopatrzenie się w
tzw. kompakt, najlepiej z możliwością płynnej regulacji pola widzenia, czyli
tzw. krótkim zoomem, 30-80mm. Zakładając, że używamy zwykłych klisz
(negatywowych) oraz, że powiększamy odbitki do formatu albumowego (10x15cm lub
trochę większego) kompakt będzie niezłym wyjściem. Negatywy produkowane obecnie
mają dużą tolerancję nawieśtlania, mówiąc prościej, nawet jeśli światłomierz w
takim prostym aparacie niedokładnie naświetli kliszę , to jeszcze w zapasie mamy
ok. 3 stopnie przysłony i zdjęcie powinno być O.K. W zasadzie, jeżeli mamy
wątpliwości lepiej zdjęcie prześwietlić, niż nie doświetlić (wtedy zazwyczaj
dopuszczalna odchyłka wynosi ok. 2 stopnie).
Odradzam fotografowanie
kompaktem, jeżeli chcemy pracować na slajdach, czyli w języku fachowym
diapozytywach lub kliszach odwracalnych. Muszą być one naświetlane precyzyjnie,
np. tolerancja w przypadku jednej z najlepszych na rynku klisz Fuji Velvia
wynosi zaledwie 0.5 działki przysłony. W takim wypadku prosty światłomierz może
zawodzić. Ze slajdami rzecz się ma odwrotnie, niż z negatywami - lepiej je
leciutko nie doświetlić, aby były odrobinkę za ciemne. Zbyt jasne przezrocza
tracą szczegóły w wiatłach, czyli w najjaśniejszych miejscach, pózniej
praktycznie nie do odzyskania.
Co zrobić, jeżeli na kupno aparatu nie możemy
poświęcić więcej niż 300, 400 zł, a chcemy nasze odbitki powiększać do formatów
wystawowych (30x40cm) tak, aby np. powiesić na cianie lub wysłać na konkurs ?
Optymalnym wyjciem jest nabycie (niestety tylko w komisie lub na giełdzie)
aparatu Praktica (np. model MTL), wraz z obiektywem Flectogon 35mm, całości
zestawu niech dopełni jeszcze obiektyw Sonar 135mm i możemy wyruszać w plener!
Przez kilka lat fotografowałem używając opisanego wyżej zestawu i zapewniam Was,
że zdjęcia z tego okresu są nie do odróżnienia (jeżeli chodzi o rozdzielczoć,
ostrość obrazu) od tych, które zrobiłem Canonem. Do dzisiaj powiększam tamte
klisze na wystawy do formatu 50x60cm i nie narzekam na jakość. Tym, którzy
nastawiają się na duże formaty bądz myślą o współpracy z wydawnictwami
kalendarzowymi (a również mają kłopoty z gotówką) polecałbym zakup Pentacona
SixTL, najtańszego i zarazem najlepszego w swojej klasie (wydatek rzędu 400zł).
Wyższa klasa aparatów średnioformatowych (4.5x6cm, 6x7cm, 6x9cm), to już ceny
rzędu kilku tysięcy PLN. Ja jednak do dziś nie mogę przekonać się do
kwadratowego pola wizjera, moim zdaniem pozbawia to zdjęcie dynamiki i rozmachu.
Co prawda można potem fotografie kadrować, ale mimo to...
Znakomita
większość zdjęć, które przeglądam na stronach internetowych przedstawiająca
zakątki Tatr charakteryzuje się brakiem zdecydowanej i wyrazistej kompozycji.
Owszem, jeżeli chodzi o wartości dokumentalne, charakterystyczne cechy danego
szczytu lub stawu są O.K. Ale ile już takich zdjęć zrobiono....? Sądzę, że każdy
rasowy fotoamator ma ambicję robić zdjęcia odróżniające się od innych, a nie
powielające wyświechtane szablony. Warto więc, mając przed sobą zapierający dech
w piersiach widok (w Tatrach rednio co pół godziny marszu) poświęcić kilka chwil
na wybór motywu i przemyślenie kompozycji, zamiast pstrykać na prawo i lewo bez
opamiętania. Spróbujcie zastanowić się, jak urozmaicić i rozbudować przestrzeń
zdjęcia, poprzez np. dodanie pierwszego planu (kamienia, sosenki, sylwetki
turysty itp.). Cudowne kompozycje można tworzyć (to słowo sugeruje, że wkraczamy
na teren tzw. fotografii artystycznej) mając do dyspozycji ciekawy układ chmur.
Czasami, kiedy miałem szczęście i trafiałem na taką ciekawą pogodę przypominała
mi się myl największego klasyka fotografii pejzażowej Ansela Adamsa: "(...)
Zdarzają się chwile, kiedy mam wrażenie, że to Bóg sprawił, iż w tej właśnie
chwili i w tym miejscu znalazłem się z moim aparatem, aby móc wykonać zdjęcie."
Fotografując tzw. lustrzanką (to, co widzimy w wizjerze jest tym samym, co
widzi "obiektyw") mamy możliwoć używania filtrów. Najbardziej przydatny jest
(moim zdaniem) polaryzacyjny: dzięki niemu kolory są bardziej "soczyste",
szczególnie efektownie (żeby nie powiedzieć efekciarsko) jego działanie widać
jesienią: nasycone żółcienie drzew kontrastują z błękitem nieba, na którym płyną
odcinające się od tła obłoki. Filtr polaryzacyjny pozwala również wyeliminować
niepożądane odbicia w wodzie, i ograniczyć udział błękitu nieba w odcieniu wody.
Dzięki niemu podczas fotografowania pod słońce, grzbiety fal na stawie lekko
połyskują, a nie tworzą wypalonych plam. Mając na obiektywie filtr
polaryzacyjny, nie musimy już zakładać filtru UV, bez którego zdjęcie mogłoby
być lekko zamglone i rozmyte (przy dzisiejszym zanieczyszczeniu atmosfery, nawet
w terenach górskich promieni UV przedostaje się jednak tak niewiele, że
działanie tego filtru trudno zauważyć).
Jest jeszcze inny sposób, aby
wydobyć chmury z bladego tła nieba. W ciemni możemy ręką doświetlić fragment
zdjęcia pod powiększalnikiem, ale co zrobić, gdy oddajemy klisze do zakładu
usługowego? Ponieważ nie mamy wpływu na proces wykonywania odbitki z kliszy,
pozostaje nam przyciemnić górną część zdjęcia wczeniej, już w momencie
fotografowania aparatem, stosując właśnie filtr szary połówkowy. Jeżeli czujecie
w sobie żyłkę eksperymentatora, polecam próby z filtrami własnej produkcji,
wystarczy tylko mała szybka i odrobina rozprowadzonej na niej wazeliny, reszta
to kwestia Waszej inwencji. Rzecz jasna otrzymane zdjęcie będzie lekko rozmyte,
ale będzie to tzw. artystyczne, świadome rozmycie, a nie skutek błędu przy
wykonywaniu zdjęcia. To jeszcze jeden dowód na to, że celowe łamanie zasad może
zaowocować fotografią o wartościach artystycznych.
A co z pogodą? Wstyd
przyznać, ale był taki okres w mojej przygodzie z fotografią, gdy fotografując
na barwnych diapozytywach, nie wyjmowałem aparatu gdy niebo zasnuwały chmury
bądz mgły. Było tak dopóki wałęsając się w jesiennej mgle gdzie po Gąsienicowej
z nudów nie pstryknąłem kilku zdjęć. Efekt byłby co prawda lepszy, gdyby przez
mgłę przedarło się kilka promyków słońca, ale i tak byłem zadowolony...
Wskazówka: fotografując we mgle pamiętajcie, aby na pierwszym planie uchwycić
motyw, który podkreśli nam zamglenie. Bez tego zdjęcie może się wydawać mdłe i
zle naświetlone, chociaż kto wie... Jak wspomniałem , cudowne efekty powstają,
gdy wśród mgły lub chmur przedostaną się promienie słońca, najczęciej trwa to
tylko kilka sekund, więc nie ma co się zastanawiać! Wiele pejzaży wspomnianego
już Ansela Adamsa (m.in. góry Yosemite) zawdzięcza swoją niepowtarzalną
atmosferę właśnie grze wiateł, z trudem przenikających przez chmury. Od kilku
lat poluję na odpowiednie warunki w Dolinie Białej Wody, zerwy Młynarza w
lekkiej mgle robią niezapomniane wrażenie, godne obiektywu samego mistrza
Adamsa!
Problemy ze Słońcem? Łapać je w obiektyw, czy nie? Jeżeli w
zamierzeniu zdjęcie ma być portretem, zachowującym cechy tożsamości osoby rzecz
jasna odradzam fotografowanie pod słońce. Czasem jednak promienie słońca tak
wspaniale przenikają przez chmury, obrysowując ich sylwetki na tle nieba, do
tego jeszcze tak komponują się z linią gór, że nie można się wahać. Uwaga: ja
osobiście wolę fotografować słońce przy małym otworze przysłony (f/11,f/13), ma
ono wtedy kształt gwiazdki. Gdy użyjemy dużego otworu przysłony (f/2, f/4)
słońce będzie białą kulą zawieszoną na niebie. Przed naciśnięciem migawki
zastanówmy się, który wariant nam odpowiada. Najlepiej na chwilę przymknąć
przysłonę (praktycznie wszystkie lustrzanki mają tę możliwość) i sprawdzić, jak
to wygląda w celowniku aparatu.
Kolor czy Black&White? W zasadzie przy
możliwociach dzisiejszej techniki możemy się nad tym zastanowić już po wywołaniu
kliszy. Obecnie fotografuję wyłącznie na materiałach odwracalnych kolorowych,
które potem przechowuję również w postaci cyfrowej. Prosty program do obróbki
zdjęć pozwoli nam przejć od wersji barwnej do czarno-białej, dodatkowo istnieje
możliwoć stonowania zdjęcia, np. w odcieniu sepii Potem można wydrukować takie
zdjęcie na papierze fotograficznym, rezultat jest (przy rozdzielczoci 300dpi)
praktycznie nie do odróżnienia od odbitki wykonanej w tradycyjnym procesie. Co
prawda trwałoć takiego zdjęcia nie wynosi 100 lat, jak to jest w przypadku
papierów fotograficznych o podłożu barytowym, stosowanych w profesjonalnej
fotografii czarno-białej, no ale te "marne" kilkanaście lat trwałości papierów
polietylenowych powinno nam wystarczyć. Warto wspomnieć, że artyści fotograficy
wykonujący swe odbitki w tzw. limitowanych edycjach używają wyłącznie materiałów
o dużej trwałości, inaczej kolekcjonerzy fotografii (u nas to okrelenie nie
posiada racji bytu) nie płaciliby kilkuset dolarów za jedną odbitkę twórcy
współczesnego i ponad stu tysięcy $ za jedną fotografię autorstwa nieżyjących
klasyków (A. Adams, E. Weston, E. Steichen, P.Strand). Miejmy nadzieję, że i w
naszym kraju kiedy uzna się fotografię za sztukę, a także, że akurat Wasze
fotografie zostaną docenione.
Do zobaczenia na szlaku. Dariusz Zaród